Wywiad z Aleksandrą Sheybal - Rostek, radną m. st. Warszawy. Gdy rozmawiałyśmy po raz ostatni kandydowała Pani do Parlamentu Europejskiego. Czy porażka w tych wyborach (...)
Redaktor: Gdy rozmawiałyśmy po raz ostatni kandydowała Pani do Parlamentu Europejskiego. Czy porażka w tych wyborach podcięła Pani skrzydła?
A. Sheybal-Rostek: Tego, iż nie zostałam wybrana do PE nie nazwałabym porażką. Jestem realistką i od początku wiedziałam, że nie mam najmniejszych szans. Ale ponieważ propozycja kandydowania była dla mnie ogromnym zaszczytem i dowodem zaufania, potraktowałam to więc bardzo poważnie. Uznałam wybory do PE za moje kolejne życiowe doświadczenie. Gdzie tu więc porażka? Uważam, że przede wszystkim na tym skorzystałam.
Red: Nauczyła się Pani czegoś, czy może raczej korzyści o jakich Pani mówi wynikają z ogólnych refleksji?
A.S-R: Bardzo się wiele nauczyłam w trakcie kampanii - zarówno o UE, jak też o sobie. Poza tym przemyślenia jakie pojawiły się wówczas nałożyły się na moje osobiste doświadczenia. Ostatnie półtora roku to w moim życiu zderzanie się z doświadczeniami o charakterze „totalnym", takimi które zmieniają percepcję otaczającej rzeczywistości. Nie przypadkiem szłam do wyborów z hasłem „Prostą drogą do Europy". Potrzebowałam wykrzyczeć, że na polskich drogach powinni przestać ginąć ludzie. Że należy naszą infrastrukturę dostosować do standardów Europy XXI w. Oraz przywrócić godność kierowcy jako uczestnikowi ruchu drogowego - zapewniając mu godne warunki jazdy i przestając widzieć w nim potencjalnego przestępcę i szkodzącego sobie wariata. Tworzone są absurdalne ilości zakazów i ograniczeń, które niemal wszyscy łamią, bo przestrzegając ich nie sposób podróżować. Poza tym powinien już dawno zakończyć się czas policjantów pochowanych z „suszarkami" po krzakach.
Red: Budowa dróg kosztuje jednak...
A. S-R: Kosztuje. Ale też Polska płaciła i płaci olbrzymie koszty społeczne i ekonomiczne związane z leczeniem poszkodowanych w wypadkach i utratą młodych i wykształconych ludzi (w tak zwanym wieku produkcyjnym). Nie mówiąc o indywidualnych tragediach - których byłam ostatnio świadkiem i uczestnikiem.
Red: Mówi Pani tak, jakby nic w tym kierunku nie robiono. Trochę mi to pachnie tanim populizmem. A hasło o budowie dróg wraca jak bumerang przed każdymi wyborami.
A.S-R: Widzę zmiany i osobiście jako Radna w podejmowaniu wielu decyzji związanych z budową warszawskich dróg uczestniczyłam. Uważam jednak, że to kropla w morzu potrzeb. Trzeba lat, aby dostosować polskie drogi do potrzeb komunikacyjnych Polaków. Natomiast mój sprzeciw wzbudza - jak już wspomniałam - cały szereg absurdalnych pseudo działań. W XXI wieku, którego cechą charakterystyczną jest szybkość (czas to pieniądz), Polacy zmuszeni są do zmniejszania prędkości. A przecież muszą jeździć. Wmawia się ludziom, że wypadki to wyłącznie wina ich głupoty i nadmiernej prędkości.
Red: Wszelkie ograniczenia służą bezpieczeństwu - uważa Pani, że należy się ich pozbyć?
A.S-R: Prędkość faktycznie potrafi zabić. Ale skoro czasy w których żyjemy wymuszają na nas prędkość - to nie udawajmy, że jest inaczej. Gdy są dobre drogi wtedy szybciej nie znaczy mniej bezpiecznie. Niebezpieczeństwo generują dziurawe drogi, jeden pas bez pobocza, tereny zabudowane, brak płynności jazdy, przejścia dla pieszych, wyjazdy z dróg podporządkowanych, traktory i furmanki oraz wszechobecne wyprzedzanie. Do tego dochodzą działania zmierzające do „podniesienia bezpieczeństwa" i to, co otrzymujemy finalnie, to jakaś potworna komunikacyjna paranoja. Może my do Europy zmierzamy, ale w tym tempie nieprędko tam dotrzemy.
Red: Czyli uważa Pani, że bardzo nam daleko do tej Europy XXI wieku?
A.S-R: Jeszcze całkiem niedawno myślałam, że niewiele. Miałam bardzo miłe i rozleniwiające poczucie zadowolenia z tego, że mieszkam w samym centrum Europy, w stolicy europejskiego państwa XXI wieku.
Red: I co się zmieniło?
A.S-R: W samym środku tej europejskiej stolicy XXI na moich oczach umarł młody, bliski mi człowiek. Wydawać by się mogło, że to przecież niemożliwe - nie tu, nie teraz. Jest przecież pogotowie, są lekarze, są szpitale. Nic nikomu nie powinno grozić. A jednak, gdy przyszło co do czego stało się jasne, że nie tylko medycyna jeszcze nie jest w tym XXI w., jak również lekarze i cały system opieki medycznej. Lekarzom daleko do europejskich standardów związanych z podejściem do swoich obowiązków i do pacjenta. Wszechobecny „tumiwisizm", zasłanianie się procedurami, powolność, niezdecydowanie, brak życzliwości i zajmowanie się wszystkim tylko nie realnym problemem - to wszystko doprowadziło do tragedii. Do tego wszystkiego krajobraz naszych polskich szpitali - z terakotą pamiętającą początek wieku, łóżkami ledwo trzymającymi się kupy, obdrapanymi i poplamionymi szafkami. Polska siermiężność w najlepszym wydaniu. I o ile można zrozumieć, że nie ma pieniędzy na to czy tamto, o tyle postawę niektórych lekarzy należy piętnować.
Red: Duże środki są przecież przeznaczane na remonty warszawskich szpitali?
A.S-R: Proszę mnie źle nie zrozumieć. Ja widzę zmiany - wiele z warszawskich szpitali zostało w ostatnich latach częściowo wyremontowanych, czego byłam naocznym świadkiem jako członek komisji zdrowia w Radzie Warszawy. Mówimy tu jednak o zaniedbaniach idących w dziesiątki lat. Poza tym nie są potrzebne pieniądze by okazać człowiekowi życzliwość i wsparcie. I żeby skutecznie (szybko) ratować ludzkie życie.
Red: Uważa Pani, że nasza obecność w Europie to nie tylko wymiar czysto ekonomiczny?
A. S-R: Nasza „europejskość" to nie tylko środki na budowę i remonty. To przede wszystkim zmiana w sposobie myślenia. Pieniądze potrzebne są aby zbudować autostrady, ale już nie są potrzebne, żeby jeden czy drugi urzędnik odzyskał minimum zdrowego rozsądku, a lekarz przestał być tak potwornie zadufany w swojej arogancji.
Red: Czy doświadczenia o których Pani mówiła zmieniły też coś w Pani podejściu do wykonywanego mandatu Radnej m.st. Warszawy?
A.S-R: Tak. Po pierwsze doceniłam nacisk jaki obecna Pani Prezydent Warszawy położyła na remonty i inwestycje. One są ogromnie potrzebne. Bo poprawiają standard i komfort oraz bezpieczeństwo naszego życia. Doceniłam też wysiłek władz miasta związany ze zdobywaniem środków z UE na realizację wszystkich tych przedsięwzięć. Jednocześnie staram się uważniej patrzeć i słuchać ludzi, którzy przychodzą ze swoimi indywidualnymi problemami. Głos pojedynczego człowieka powinien być głosem usłyszanym - inaczej nie ruszymy się ani milimetr w stronę Europy.
Red: Jak, Pani zdaniem Polska sobie radzi w UE?
A.S-R: Uważam, że dobrze. Trzeba pamiętać jednak, że zawdzięczamy to głównie ludziom, którzy w UE nas reprezentują. Ukształtowała się już w Europie nasza dyplomatyczna elita - grupa fachowców, którzy od lat reprezentują Polskę na forum międzynarodowym. Ich siłą jest nie tylko znakomita znajomość mechanizmów funkcjonowania UE, ale perfekcyjne posługiwanie się językami obcymi oraz szerokie znajomości wśród europolityków innych państw. To gwarantuje im skuteczność. Osoby, które trafiają do PE z przypadku, dla kaprysu wyborców nic nie mogą zrobić i nie są w stanie zaistnieć ani politycznie ani towarzysko.
Red: Można więc uznać, że w chwili obecnej Polska jest dobrze reprezentowana na forum UE.
A. S-R: Sądzę, że tak. Na szczęście minął już czas europosłów kompromitujących Polskę merytorycznymi niedociągnięciami i brakiem obycia. A ci posłowie, którzy nic nie robią (lansując się w Polsce), znajdują się na marginesie wydarzeń, bo są w politycznej mniejszości. I mam nadzieję, że nie dostaną kolejnej szansy.
Red: Bardzo dziękuję za rozmowę i życzę dalszych sukcesów.
A.S-R: Dziękuję.
Wywiad przeprowadziła redaktor KFE, Anna Królikowska.
Źródło: EUROFUNDS.org
|