Dyrektywa o korzystaniu z usług medycznych w UE oraz swobodzie wyboru lekarza - także w kraju - wymaga radykalnych zmian polskiego systemu ochrony zdrowia i jest niekorzystna...
dla najuboższych pacjentów - uważa minister zdrowia Ewa Kopacz. Ministrowie zdrowia krajów UE - przy sprzeciwie Polski - przyjęli we wtorek tę dyrektywę. Teraz trafi ona do prac w Parlamencie Europejskim. Jeśli zostanie tam przyjęta, to wejdzie w życie za około 2,5 roku.
Zgodnie z unijną dyrektywą, pacjenci otrzymają prawo wyboru lekarza i ośrodka zdrowia niezależnie od tego, czy ma on podpisany kontrakt z Narodowym Funduszem Zdrowia. NFZ będzie musiał w każdym przypadku zwracać koszty leczenia na poziomie, który określił w kontraktach z lecznicami.
Jak mówiła Kopacz podczas czwartkowego spotkania z dziennikarzami, jeżeli pacjent pójdzie do kardiologa, który nie ma kontraktu z NFZ i zapłaci za wizytę 300 zł, a Fundusz na mocy kontraktów płaci za takie świadczenie 150 zł, to taką kwotę będzie musiał zwrócić pacjentowi. "Czyli będziemy zwracać wszystkim tym, którzy będą korzystać z prywatnych gabinetów, które nie mają kontraktów z NFZ" - zapewniła.
Zdaniem minister, takie działanie zniszczy polski system ochrony zdrowia, który polega na planowaniu finansowania świadczeń medycznych w oparciu o kontrakty NFZ ze świadczeniodawcami. Po wejściu w życie dyrektywy, wydawanie pieniędzy NFZ byłoby niekontrolowane. Według Kopacz, jest to niekorzystne dla osób niezamożnych, których nie stać na opłacanie wizyt w prywatnych gabinetach i czekanie na zwrot pieniędzy.
"Nie będziemy mieli żadnego wpływu na system. Niekontrolowany wypływ pieniędzy z NFZ spowoduje, że kontrakty będą uszczuplone. Koszyk świadczeń gwarantowanych musiałby się kurczyć. Skorzystają ci, którzy są bardziej zamożni i bardziej mobilni. Pacjenci mniej zamożni będą oczekiwali w jeszcze dłuższych kolejkach" - przewiduje Kopacz.
Według szacunków resortu zdrowia, po wejściu w życie dyrektywy NFZ straciłby 3-4 mld zł. Kopacz zapowiedziała, że MZ przygotowało poprawkę "umożliwiającą kontrolowanie wypływu pieniędzy z NFZ".
Robert Mołdach z Konfederacji Pracodawców Polskich przyznaje, że "polski system ochrony zdrowia nie jest obecnie przystosowany do zmian, które wprowadza dyrektywa, ale przecież nikt nie chce wprowadzać jej bez zmian w systemie".
"Słowa o tym, że jest ona niekorzystna dla najuboższych, to trochę demagogia. Myślę, że legislatorom z UE chodzi o to, żeby niektóre kraje inaczej spojrzały na kwestię finansowania ochrony zdrowia i limitowania świadczeń medycznych. W Polsce limitowanie odbywa się urzędowo i to nie jest dobre rozwiązanie" - ocenił w rozmowie z PAP Mołdach.
MZ nie protestuje przeciwko zapisom dyrektywy, które mają ułatwić pacjentom leczenie za granicą. Zmiana w porównaniu z obecnymi przepisami unijnymi polega na tym, że pacjent nie musiałby udowadniać konieczności leczenia za granicą (np. z powodu zbyt długich kolejek osób oczekujących na zabieg w kraju). Tak jak kilka razy orzekł unijny Trybunał Sprawiedliwości, co do zasady każdy obywatel UE ma prawo leczyć się w innym kraju.
Jednak bez zmian pozostaje obowiązek wnoszenia opłaty przez pacjenta za wykonaną w innym kraju UE usługę medyczną (koszty zwraca potem odpowiednia instytucja w kraju, w Polsce - NFZ). Ponadto ma obowiązywać zasada, że ubezpieczonemu zwraca się koszty do takiej kwoty, jaką otrzymałby we własnym kraju. Ewentualną różnicę pacjent musi pokryć z własnej kieszeni, co oznacza, że Polacy - lecząc się za granicą - musieliby w wielu przypadkach dopłacać.
Nowa dyrektywa nie zmienia zasad leczenia ani zwrotu kosztów w nagłych przypadkach podczas pobytu za granicą. Rozporządzenie w tej sprawie z 1971 roku stanowi, że ubezpieczeni we własnym kraju obywatele innych państw UE mają takie same prawa, jak mieszkańcy kraju, w którym skorzystali z koniecznej pomocy lekarskiej. W takich przypadkach pokrywane są wszystkie koszty w pełnej wysokości. (PAP)
|